Dlaczego tak bardzo chcę żyć? Bo moja córeczka ma dopiero 6 lat i obiecałem jej, że będę przy niej. Chcę żyć, bo mam bardzo dużo do zrobienia, bo już dość nocy przepłakałem, myśląc o tym, że przegrywam z rakiem. Teraz, kiedy Marysia pyta: “Tatusiu, czy zawsze psy mnie będziesz?”, słowa stają mi w gardle, a z oczu płyną łzy. Co mam jej powiedzieć?
Jednego jestem pewien, to dla niej będę walczył tak bardzo, jak tylko się da i nigdy się nie poddam…
Historia mojej walki zaczęła się niewinnie, ponad 3 lata temu. Poszedłem na rutynowe wycięcie znamienia. Przynajmniej tak myślałem. Zła wiadomość spadła jak grom z jasnego nieba – czerniak złośliwy – rzadki i bardzo agresywny rak skóry i to w poważnym stopniu zaawansowania.
Od razu ruszyła karuzela – zabiegi, przerzuty i leczenie chemią. Było raz lepiej raz gorzej, ale nie poddawałem się i przez lata robiłem wszystko, by normalnie funkcjonować i pracować. Nie traciłem nadziei i spędzałem jak najwięcej czasu z rodziną i przyjaciółmi. Planowałem przyszłość, bo jak można odpuścić, kiedy patrzą na ciebie wystraszone i pytające oczy sześciolatki...
Kiedy pojawiły się pierwsze przerzuty do mózgu, byłem bliski poddania się. Skutki uboczne wyeliminowały mnie z pracy, straciłem motywację, bo żadna dostępna forma leczenia nie pomagała. Przeszedłem 3 operacje mózgu, ale przecież nie mogłem rzucić rękawic. Wtedy pierwszy raz choroba udowodniła mi, że jest ode mnie silniejsza i że to ona będzie dyktowała warunki.
Próbuję każdej możliwej terapii, modlę się, medytuję, szukam eksperymentalnych leków. Zdrowo się odżywiam. Mimo to przegrywam, ale walczę i nadal wierzę, że w końcu wygram, bo do momentu, kiedy wierzysz, zawsze trwa nadzieja i umiesz zmobilizować się do walki…
Wiem, że jeszcze kilka lat temu nie miałbym żadnych szans. Każdego dnia musiałbym patrzeć na swoje dziecko, wiedząc, że i tak przegram. Medycyna jednak poszła naprzód, dając mi szansę na życie, a mojej córeczce na pełną rodzinę i tatę, który ją kocha i chciałby dla niej zrobić wszystko…
Immunoterapia to nowoczesne podejście, polegające na zmuszaniu organizmu do samodzielnej walki z rakiem. Jednym z takich leków jest yervoy (ipilimumab). To jest ostateczna broń, dzięki której ostatnie lata, które poświęciłem na walkę, nabrałyby sensu i zamiast porażki mogłyby moją wojnę z rakiem, zakończyć sukcesem.
Powiem wam wprost – moja walka o życie kosztuje pół miliona złotych! Nigdy nie miałem takich pieniędzy i nie dam rady ich sam zdobyć. Wiem, że nie jestem sam, że są wokół mnie ludzie, który chcą mnie widzieć razem z córeczką i którzy widzą moją szansę.
https://www.siepomaga.pl/zycietomka
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
-
Moja choroba niszczy mnie kawałek po kawałku, odbiera coraz więcej, jest samobójstwem rozciągniętym w czasie. Mam 33 lata i nie mam już s...
-
Ile czasu potrzeba, by dziecko - zdrowe jak rybka, rozgadane, ruchliwe, pełne życia – stało się dzieckiem, które nie chodzi, nie mówi, nie...
-
Połowa serca, z którą urodził się Filipek, bije coraz słabiej. Za każdym razem, kiedy pomyślę o tym, że mogłoby się zatrzymać na zawsze, moj...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz