czwartek, 22 marca 2018

Zdążyć z ratunkiem, nim śmierć zabierze Piotrusia

Piotruś nie wie, jak bardzo jest chory. Ma dopiero 1,5 roku... Nie rozumie, dlaczego włoski zostają w jego rączkach, gdy za nie pociągnie, dlaczego znowu jedziemy do szpitala, gdzie te wszystkie osoby w białych kiltach kłują go i podłączają dziwne rurki z płynem, po których tak źle się czuje… Mój synek ma raka. Walczymy z jednym z najgorszych nowotworów, który chce zabrać Piotrusia. Nie możemy na to pozwolić! Terapia, która da nam szansę, nie jest w Polsce refundowana. My, rodzice, sami musimy zapłacić fortunę, by ocalić życie synka! To takie niesprawiedliwe... Proszę, pomóżcie ratować nasze dziecko…



Jesienią zeszłego roku zaniepokoił nas nieco powiększony brzuszek synka. Poszliśmy na kontrolę do lekarza, potem kolejną i następną. W końcu wysłali nas do szpitala, bo coś ewidentnie było nie tak. Nie sądziliśmy jednak, że wkrótce usłyszymy wyrok, który jak brutalna, niewidzialna pięść zgniecie nasz świat…
“W brzuszku państwa syna jest ogromny guz. Musimy jak najszybciej zacząć leczenie” - gdy usłyszeliśmy te słowa od lekarzy, byliśĶy w szoku. Wiedzieliśmy, że od tej chwili już nic nie będzie jak dawniej. Z beztroski pozostały jedynie okruchy… Zaczęła się dramatyczna walka z czasem. Walka na śmierć i życie! W chwili wykrycia guz miał aż 15 cm, oplatał tętnicę i żyłę główną. Gdyby został wykryty później, udusiłby nasze dziecko… Jeszcze przed otrzymaniem ostatecznych wyników badań lekarze podjęli decyzję o podaniu chemii. Nie było innego wyjścia - trzeba było zrobić wszystko, by zatrzymać guza!


Potem przyszła diagnoza - nowotwór złośliwy układu nerwowego: Neuroblastoma w IV stopniu zaawansowania. Na szczęście nie było przerzutów, ale na nieszczęście - wykryta mutacja w genie Piotrusia sprawia, że jest większe ryzyko nawrotu śmiertelnej choroby! Nasz synek ma raka, nasz synek umiera - nawet gdy powtarzaliśmy te słowa na głos, tak ciężko było w to uwierzyć. Dopiero gdy pierwsza z chemii sączyła się do jego żył przez malutkie rączki, dotarło do nas, że Piotrusia może nie być! Serce prawie pękło, ale nie mogliśmy się przecież załamać…
Synek jest za malutki, nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje. Modlimy się, żeby wyzdrowiał, żeby nie pamiętał koszmaru, jaki teraz przechodzimy. Za nami 8 cykli ciężkiej chemioterapii i operacja. Lekarzom udało się usunąć 90% guza. Pozostała część przy nerce nie może zostać usunięta bez jej uszkodzenia - to byłoby zbyt niebezpiczne. Co chwila jeździmy na kontrole, jesteśmy w ferworze walki. Była już megachemia i pierwszy przeszczep komórek. Zastanawiamy się, ile jeszcze wytrzyma ten maleńki organizm, kto pierwszy wygra… Przed nami kolejne bitwy - radioterapia i immunoterapia. Ta ostatnia, żeby Piotruś miał jak największą szansę na wyzdrowienie i na to, żeby śmierć po niego nie wróciła…

Immunoterapia jest w protokole leczenia stosowanym w Polsce, ale nie jest refundowana… Jej koszt dla zwykłej rodziny jest niewyobrażalny… Skąd wziąć taki majątek?! Ale to przecież cena za życie naszego dziecka… Choć to trudne, bardzo prosimy o pomoc. Wierzymy, że z pomocą setek dobrych serc jesteśmy w stanie uratować Piotrusia, że nasz synek dostanie swoją szansę, a śmierć nie zabierze go z tego świata, zanim tak naprawdę zacznie żyć. Pomóż, prosimy...Rodzice Piotrusia

 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz